Liturgia


Czytania na dziś »

Komentarz do Słowa na dziś








Ambona > Komentarz

Ciesz się i nie czuj się winny2014-03-29

Co nas powstrzymuje od wiary w zmartwychwstanie? Ks. Mirosław "Malina" Maliński odnalazł w swojej pamięci kilka takich życiowych obrazków. Można się uśmiać, albo zapłakać.


Za moją ścianą mieszka Marcin, student Uniwersytetu Medycznego. Miał ważne zaliczenie, przez trzy dni uczył się i nie wychodził z pokoju. Poszedł pełen obaw. Wrócił, spotykam go na korytarzu i pytam: - Zaliczyłeś? Odpowiada grobowym głosem: - Tak, zaliczyłem. - Cieszysz się? - dopytuję. On, spoglądając mi w oczy, opowiada: - Lepiej nie zapeszać. Przede mną jeszcze cała sesja.


Znajomi kupili dom. Ładna zgrabna parterówka w dobrej dzielnicy. Prawie bez kredytu. Odwiedzam ich po raz pierwszy. Stolarka okienna solidna, łazienka z kabiną prysznicową i bidetem, w kuchni zmywarka. Ściskam ręce, gratuluję i mówię: - No to się teraz cieszycie... A oni: - Oj, lepiej nie zapeszać... - Co takiego? - wykrzykuję. A oni, że pożary, że huragany i złodzieje.


Ileś lat temu odwiedziłem przyjaciół, którym urodziło się dziecko. Pora kąpania. Babcia odcedza wnusia nad wanienką i kładzie na ręcznik. Dziecko zdrowe, różowe, rączki jak paróweczki, macha i gaworzy. Pytam: - Babciu, to cieszycie się? Ona na to: - Proszę księdza, lepiej nie zapeszać, nie wiadomo, co to z niego wyrośnie. Żeby choć podstawówkę zaczął... Mijają lata, spotykamy się na Pierwszej Komunii Świętej wnuczka. Chłopak inteligentny, sprawny, taktowny, rodzicom nieprzykry. Pytam babci: - To jak, cieszycie się? Babcia: - Lepiej nie zapeszać... Przed nim okres dojrzewania, może zgłupieć, uzależni się od internetu, seksu, albo narkotyków. Spotykamy się znowu na osiemnastce chłopaka. Pilny uczeń, sportowiec, koleżeński, prawie anioł. Pytam z uporem maniaka: - Babciu dobrego macie tego wnuka. Cieszycie się? Babcia z tym samym uporem: - Nie wiadomo, czy zda maturę, czy dostanie się na studia. Lepiej nie zapeszać. Chłopak kończy studia. Babcia: - Nie wiadomo, jaką lafiryndę sobie sprowadzi. Teraz te dziewuchy takie głupie. Znalazł sobie piękną i mądrą, pracowitą i bogatą. Bawimy się na weselu. Babcia z zatroskaną miną: - Oj, teraz to rozwody, problemy z prokreacją. Lepiej nie zapeszać... Urodził im się piękny chłopak. Babcia odcedza prawnuka nad wanienką i kładzie na ręcznik. Dziecko zdrowe, różowe, rączki jak paróweczki...


Ta kobieta mogła być szczęśliwa przez wszystkie te lata. Tymczasem na koniec w trumnie leży ponure babsko.


Myślę, że wielu z nas może zawiesić sobie nad łóżkiem napis: "Ciesz się i nie czuj się winny." Gdyż przypadki, że po wybuchu spontanicznej radości uważamy, że należy się z tego wyspowiadać, wcale nie są rzadkie.


W pewnej parafii byłem na liturgii w Wigilię Paschalną. Słyszę, ludzie śpiewają: Alleluja, Alleluja, Alleluja..., ale tonem pełnym grobowej powagi. Na kazaniu próbuję: - Ludzie, co wy? Chrystus zmartwychwstał. Radujmy się! Spojrzenia poważne, oczy wybałuszone. Kontynuuję: - Chrystus zmartwychwstał, grób jest pusty. Popatrzmy na ten pusty grób. To jest pusty grób. Z kościoła dobiega mnie cichy głos: - Ale jednak grób, proszę księdza!


Radość? Tak. Ale radość chrześcijańska to taki specyficzny rodzaj radości. Ona ma być taka delikatna, subtelna, dyskretna, nienarzucająca się, a w zasadzie to chodzi o taki pogodny smuteczek.


Jedną ze studentek z naszego duszpasterstwa odwoziłem do domu, bo było mi po drodze. Na spotkanie wyszła mama. Ucałowały się powściągliwie na powitanie. Wtem wybiegł ogromny pies. Jak się rzucił na tę dziewczynę, jak lizał ją po twarzy, skakał... Jedno kółko dokoła ogrodu, drugie kółko i znowu skoki, i lizanie. Dziewczyna patrzy na matkę i na psa, po czym mówi spokojnie: - O mamo, gdybyś ty się ucieszyła na mój przyjazd tak, jak ten pies. Zwierzęta rozumieją Ewangelię.


Możemy się cieszyć i możemy to okazywać. Nie musimy czuć się winni.


Moje dzieciństwo przypadło na czas pustych półek w sklepach. Rodzice chcieli jednak zrobić nam radość na Wigilię i przygotowali paczki pod choinkę, zapakowane w szary papier i przewiązane sznurkiem. Zaraz po wieczerzy rzuciliśmy się z siostrą do prezentów. Rozrywałem papier; wagonik, kolejny i jeszcze jeden. Wielka ekscytacja. Podskakiwałem z radości. I jeszcze lokomotywa. Kątem oka zauważyłem, że ojciec siedzi w fotelu i płacze, a był raczej opanowany, bo z Wielkopolski. Podbiegłem, wspiąłem się na kolana, złapałem go za uszy: - Tata, czego beczysz? A on: - Nie, bo jak ja widzę, jak wy się cieszycie, to nie mogę i tak się wzruszam.


Każdy dzień jest dla nas prezentem od Pana Boga i gdy z radością dzień za dniem odpakowujemy te prezenty i skaczemy z radości, i jak tamten pies robimy kółko za kółkiem, to jestem przekonany, że Bóg jest wzruszony, roni łezkę w niebie i myśli sobie: Dobrze, że go stworzyłem, to był świetny pomysł.


Możemy się cieszyć, możemy radość okazywać i nie musimy czuć się winni.


Tu chodzi o całą filozofię życiową. Każdy z nas żyje według jakieś filozofii. Niektóre są zbudowane na braku. Brak czegoś staje się punktem odniesienia. Aż trudno w to uwierzyć, żee można budować życie wokół braku, wokół czegoś, czego nie ma. Nierzadko jest to filozofia utyskiwania i wylewania żalów. Antypody stanowi filozofia daru i dziękczynienia. Wszystko, co mam, przyjmuję jako dar i dziękuję, i cieszę się, i podskakuję z radości.


Odwiedzałem panią Wandę (zmarła w wieku 99 lat). Była zupełnie samotna. Wszyscy pomarli. Jeden mąż, drugi mąż, dzieci, a nawet wnuki. Była zupełnie sama. Jej życie zawęziło się do kuchni, gdzie miała swoje legowisko. Potrafiła przenieść się na wózek i samodzielnie pojechać do toalety. -- Bóg o mnie zapomniał - mawiała. - Kto to widział, żyć tak długo. Ale jeśli Bóg ma ważniejsze sprawy, ja poczekam. Zawsze, gdy przychodziłem do niej, ściskała mnie i całowała bardzo czule. Kiedyś wycałowała mnie namiętnie, po czym oświadczyła: - Mam półpaśca! -Ależ to jest zaraźliwe - jęknąłem. - Taż ta księdza nie zarażę. I nie zaraziła.


Przyszedłem kiedyś do niej w pierwszy piątek miesiąca, na samym początku stycznia. Wszedłem jakiś taki rozradowany, już nie pamiętam, że to śnieg spadł, czy że stopniał. Wchodzę, pocałunki, serdeczności i pytam: - Pani Wando, jak tam święta? I jak mnie ścięło. Zwariowałem. Jak można tę kobietę pytać o święta? Jeszcze w dni powszednie przychodzi do niej opiekunka na kilka godzin i obiad przygotuje, przychodzą studenci z naszego duszpasterstwa, ale w święta ona jest zupełnie sama, nikt do niej nie przychodzi. Przetrwać święta to jest dla niej sukces. A tu pojawia się radosny klecha i jak kulą w płot.


Pani Wanda zaś mówi tak: - Proszę księdza, w tym roku było bardzo pięknie i tak uroczyście. Proszę sobie wyobrazić, w Wigilię odsunęłam wszystko ze stołu, rozłożyłam sobie serwetkę - i tu pokazuje mi taką zwyczajną papierową serwetkę z motywem świątecznym - zapaliłam świece i laską zgasiłam światło. Było pięknie. Cała kuchnia w blasku tej świecy. Jaki nastrój. Przypominałam sobie wszystkich: babunię, mamusię, tatę, jednego męża, drugiego, dzieci... Wszystkich wspominałam. Było mi tak dobrze i uroczyście. Koło północy przyszła sąsiadka. U niej dom pełen gości, a ona przypomniała sobie o mnie. Dobra kobieta. Przyniosła kapustę z grzybami, karpia pieczonego, pierogi z grzybami. Zjadłam wszystko, wątroba bolała mnie do rana. Było pięknie i uroczyście. No po prostu, tyle radości.


Ks. Mirosław Maliński - w duszpasterstwie akademickim takiego człowieka nie można znaleźć. Co najwyżej Malinę, bo tak nazywają go studenci. Duszpasterz - inicjator "ryb w sieci". Ekspresyjny kontemplatyk, który nieustannie zagrzewa akademików do działania w "Maciejówce".


Art. ze str. deon.pl

Programista PHP: Michał Grabowski | Opracowanie graficzne: Havok.pl